Po raz dwunasty wybieramy najlepszych!

 

35_nm_2016_a200

Przez cały rok obserwowaliśmy bacznie wszystko, co dzieje się w mieście i poza nim. Jak co roku zażarcie i długo debatowaliśmy, komu należy się wyróżnienie. W kategoriach Mistrz Roku, Aktivista Roku, Rookie Roku oraz Moda i Dizajn zdecydowaliśmy sami. Laureatów Nocnej Marki w tych kategoriach poznacie podczas rozdania nagród. Natomiast co do Artysty, Miejsca i Wydarzenia – jak co roku – głos oddajemy wam. Pomożemy jednak podjąć decyzję – podsumowujemy ich dokonania i tłumaczymy, dlaczego to właśnie im należy się wyróżnienie. Wybierzcie swojego faworyta!

ARTYSTA ROKU

JAAA!

jaaaa
Pod koniec ubiegłego roku opublikowaliśmy jedną z pierwszych recenzji debiutanckiego albumu tego ponadgatunkowego, międzymiastowego składu, recenzję bardzo pozytywną należy nadmienić. Chwilę później zaprosiliśmy ich jako support na galę Nocnych Marków. Wróżyliśmy im świetlaną przyszłość, typując najlepsze zespoły nadchodzącego roku. Zanim jednak ktoś nam zarzuci nepotyzm, niech spojrzy na line-upy tegorocznych festiwali i wskaże taki – poza Woodstockiem, Castle Party i Świętem Piwa – na którym powstała w Sadkach ekipa nie wystąpiła. Niech obejrzy nagrania ich występów i zwróci uwagę na reakcje ludzi, którzy brali udział w tym letnim tour de force. Niech posłucha „Remika” i powie, który inny krajowy zespół z taką gracją potrafi połączyć eksperyment z przystępnością, emocjonalność z profesjonalizmem i tak szerokie spektrum gatunków, jak indie rock jest daleki od techno. Marek Karolczyk, Kamil Pater, Miron Grzegorkiewicz, odpowiedzialna za wizualizacje Karolina Głusiec i wspierający ich dźwiękowo na scenie Janek Ensztain długo pracowali na to, co w tym roku wybuchło feerią barw, dźwięków i zachwytów zarówno publiki, jak i bookerów, jak i mediów. Pozostaje nam więc tylko krzyknąć w zachwycie – JAAA, ale im się udało! [fika]

Rasmentalism


„Prawdomówność wydaje się wręcz obsesją Rasa, natomiast bystrość społecznych spostrzeżeń i uniwersalność autorefleksji, które z siebie wypluwa nie pozwalają mi wtrącić półsłówka, nie mówiąc nawet o chęci przerywania tego monologu. I czy to będzie relacja z wieczornej eskapady na miasto, czy reportaż z przygranicznej szarej strefy, w każdym wersie rapera jego pewność siebie i towarzysząca mu pewna doza goryczy są równoważone przez spore pokłady wrażliwości i empatii” – pisałem kilka miesięcy temu w recenzji najnowszego krążka Rasmentalism do zaprzyjaźnionego z nami periodyku. Ta wpisana niejako w hip-hop szczerość i uliczne socjologiczne zacięcie na „1985” przyjmują jednak formę otwartą na ludzi z zewnątrz, formę piosenek, które Ras i – odpowiedzialny za produkcję – Ment XXL potrafią nagrywać jak rzadko który przedstawiciel gatunku. Bo większość raperów potrafi pisać złe, dobre bądź świetne numery, ale piosenki potrafią stworzyć naprawdę nieliczni. Piosenki, które powtarzać chcą nawet ci, którzy od rymowanych wersów trzymają się z daleka; piosenki, które doprawione rozbujaną sekcją dętą potrafią rozruszać całą open’erową scenę; piosenki, które tętnią klubową energią, popową wręcz chwytliwością i drapieżnym, surowym hiphopowym sznytem. Bo choć Rasmentalism co rusz kusi, by wystawić nos czy nóżkę poza obręb gatunkowej ortodoksji, to wciąż nagrywają oni pełnokrwisty hip-hop. W tym roku zdecydowanie najlepszy w ich trwającej już blisko dekadę podziemno-nadziemnej karierze. [fika]

Kristen

kristen
Kristen od kilkunastu lat tkwi w jaskini polskiego undergroundu. Pochodzący ze Szczecina zespół nie miał tyle szczęścia co Kuba Ziołek, który wypłynął na światowe wody ze swoją medytacyjną hybrydą folku i metalu. Być może powodem, dla którego trudno zarazić innych tym brzmieniem, jest brak odpowiedniej terminologii. Bo każda etykietka poprzedzająca słowo rock (post, noise, avant czy math) jest niewystarczająca. Kwartet za każdym razem wymyka się dziennikarskiemu żargonowi i tworzy własne brzmienie, rozciągające się od hipnotycznego krautrockowego transu, przez punkową żarliwą anarchię, aż do folkowej apokalipsy. Wydany ledwo kilka tygodni temu „Las” to niezwykle spójna eklektyczna podróż, na jaką nikt w Polsce się wcześniej nie porwał. Nostalgiczne sito zapewne przefiltruje kapele, które będziemy hołubić i wspominać za półtorej dekady, ale my postanowiliśmy docenić Michała Bielę, braci Łukasza i Mateusza Rychlickich oraz Macieja Bączyka już teraz, ponieważ to oni ustawiają poprzeczkę, której większość zespołów nie jest w stanie dotknąć, nawet odbijając się na trampolinie. [croz]

Hey

hey2
Kiedy debiutowali, części ich dzisiejszych fanów jeszcze nie było na świecie. Brzmi dziwnie, szczególnie jeśli mówimy o zespole brzmiącym tak świeżo jak Hey. Każdy kolejny album grupy udowadnia, że Nosowska i koledzy z roku na rok mają do powiedzenia więcej niż 20 lat temu. To absolutny ewenement w kraju, w którym kariera juwenaliowego klezmera kusi bardziej niż możliwość odważnego komentowania zmieniającej się rzeczywistości. Tymczasem Hey robi swoje – ekipa wciąż pisze chwytliwe melodie będące nośnikiem czegoś niezwykle ważnego – głosu rozsądku i wyważenia, którego ostatnimi czasy brakuje nam coraz bardziej. Na szczęście możemy być pewni, że ta grupa będzie z nami o wiele dłużej niż trwająca właśnie zajawka na lata 90. [mk]


WYDARZENIE

Lado w mieście / Lado na wsi

lado-abc
Lato w Warszawie od siedmiu lat jest dużo ciekawsze niż było – tyle już czasu familia skupiona wokół wydawnictwa Lado ABC i Stowarzyszenia Plan B zajmuje się organizacją swojego sezonowego cyklu koncertowego. Co wakacje bowiem ci ponadgatunkowi dywersanci dostarczają mieszkańcom stolicy dawkę dźwięków nie dość, że intrygujących i osobnych, to jeszcze podanych w atmosferze dalekiej od eksperymentatorskiej hermetyczności, a do tego za darmo. Jakby jednak komuś było mało tegorocznych występów na Placu Zabaw – pośród których zagraniczna alternatywa (Sun Araw, Oren Ambarchi, Deerhoof) przeplatała się z pierwszą ligą krajowych awangardzistów (Złota Jesień, Alameda, LXMP) – co tydzień można byłosię wybrać na Jazdów, gdzie w tym roku otworzył swoje podwoje Ladom. Dzień przed koncertami nad Wisłą w ramach cyklu „Lado na Wsi” występowali tam nasi rodzimi improwizatorzy, progresywnie myślący jazzmani, reprezentanci bandery Lado ABC i zaprzyjaźnieni z nimi muzycy. Co środę w ciszy i skupieniu bez mała dwie setki osób wsłuchiwały się w dźwięki wydobywane z mniej lub bardziej klasycznego instrumentarium progresywnie myślących artystów. Dźwięki te niosły się pomiędzy drzewami, odbijały się echem jeszcze długo po zakończeniu koncertów. Dźwięki te choć nie zawsze są melodyjne, chwytliwe i proste, to – przy odrobinie zaangażowania – zawsze frapują, budują wrażliwość, ciągną za uszy w nieznane. I właśnie dzięki takim inicjatywom jak oba letnie cykle Lado dźwięki te mogą dotrzeć do szerszych gremiów i rozbrzmiewać nie tylko w niszowych klubach i niskonakładowych wydawnictwach. [fika]

World Wide Warsaw

www
Rustie, Vitalic, Mount Kimbie, Onra, Dam-Funk, The Gaslamp Killer, Nosaj Thing, Anderson.Paak, Shigeto, Artful Dodger, Snakeships, John Talabot, Jimmy Edgar, The Internet, Sigha, Omar Souleyman, Leon Vynehall. I właściwie nie ma co tu się rozpisywać, bo sama lista artystów, którzy gościli w tym roku w Warszawie na zaproszenie kolektywu World Wide Warsaw, wystarczy w zupełności jako uzasadnienie przyznania mu nominacji za organizację „Wydarzenia Roku”. Liczba dopisków „sold out” przy opisach wieczorków muzycznych tej ekipy stanowi natomiast najlepszy dowód na to, że nie trzeba wcale bookować wątpliwej jakości grajków, których „hity” wylewają się aktualnie z radioodbiorników i głośników samochodów wlekących się po Mazowieckiej, by osiągnąć sukces frekwencyjny. Nieoglądającym się na gatunkowe podziały i status zapraszanych artystów organizatorom międzyklubowego festiwalu dźwięków miejskich udało się tym samym stworzyć platformę, na której weterani elektronicznych parkietów mijają się z rozgrzewającym dopiero swoje miejsca na światowych scenach wokalistami r’n’b. Bitowa, młoda gwardia styka się ze starymi wyjadaczami weselnych balang, a publiczność miesza się, przeplata i zwiedza miejsca, do których inaczej by nie zabłądziła. Świeżość spaja się z pamięcią o korzeniach, a czujność na to, czym tętnią aktualnie zagraniczne media muzyczne, nie przeszkadza zachowywać konsekwencji w budowaniu programów imprez. I wszystko to jeszcze – co przecież nie jest bez znaczenia w nocnym obiegu rozrywek – w miłej, skupionej na dźwięku atmosferze, w której scena jest nieporównywalnie ważniejsza niż bar. [fika]

Boiler Room Polska

boiler-room
Ktoś mógłby powiedzieć, że to przecież zagraniczna inicjatywa z rozbudowanym zapleczem i wypracowaną już marką, serwis streamingowy, współpracująca z dużymi markami firma, która za pomocą muzyki ma zamiar dotrzeć do młodych ludzi. Za każdym tego typu projektem stoją jednak konkretni ludzie, którzy w Polsce zbudowali platformę stabilną, popularną i… cholernie interesującą. Po dwóch latach istnienia na lokalnym gruncie i zgłębiania głównie sceny klubowej w tym roku „Kotłownia” po raz pierwszy otworzyła swoje podwoje dla tak różnych artystów jak neoklasyczna Resina, posthiphopowe Syny czy zupełnie pozagatunkowy, magiczny Księżyc. Boilerowa załoga przygotowała trójmiejską odsłonę swojego koncertowego cyklu, nagrała kilka studyjnych sesji i wypełniła ambientową salę na Up to Date, a także zaprezentowała światu fenomen polskiego rapu – a jest to fenomen przynajmniej na skalę europejską – zapraszając do dawnego klubu 1955 takie tuzy mikrofonu jak Sokół, Pezet czy duet PRO8L3M. Gdyby tego było mało, udostępnili na YouTubie nagrania z zeszłorocznych urodzin U Know Me Records i jubileuszu sklepu płytowego Side One. I nie dość, że dbają oni o jedne z ciekawszych line-upów na naszym krajowym rynku koncertowym, to jeszcze nagrania z nich puszczają dalej w świat, robiąc dla polskich artystów robotę lepszą niż Instytut Adama Mickiewicza i wszyscy inni razem wzięci. Dla publiki natomiast stanowią najlepszą możliwą alternatywę dla zidiociałych telewizji muzycznych czy kierujących się jedynie sprzedażą bookerów większości klubów. I wszystko to można zweryfikować jednym kliknięciem myszki. Tylko uwaga, łatwo na ich YouTubie ugrzęznąć na dobrych kilka dni. [fika]

Wixapol

wixa
Jak kraść, to miliony. Jak zestaw w McDonalds, to tylko powiększony. Jak brać piguły z dziwnymi emblematami, to całymi garściami. Odbywający się cyklicznie od 2012 r. niesławny Wixapol to igrzyska przesady. Goręcej niż na wyspie Krakatau, dym gęstszy niż nad Elektrociepłownią Żerań, uderzeń stopy na minutę więcej niż Pokémonów w pierwszej generacji. Nad wszystkim, w roli dobrotliwego demiurga, czuwa logo w postaci emotikona z dresiarskim tribalem zamiast oczu. Najbardziej postmodernistyczna impreza nad Wisłą swoje korzenie ma w najmodniejszej w krajach Beneluksu przed 20 laty kulturze gabberu. Wyciskając ostatnie poty z techno i house’u, stanowił on trening cardio, po którym Ewa Chodakowska byłaby blisko dokonania żywota. To brutalne szaleństwo ogarnęło już wszystkie duże miasta w Polsce. Twórcom tego imprezowego Frankensteina przyznajemy laury także za działania w sieci: znalezienie własnego języka (a w zasadzie WUASNEGO JENZYGA) i lepszego zrozumienia dynamiki internetu od wszystkich razem wziętych agencji PR-owych w kraju. Ta jazda jeszcze długo się nie skończy. [croz]


MIEJSCE

Tony

tony
Tony to przestrzeń specyficzna – nie klub, nie galeria, nie kino, nie kawiarnia. To szkoła. Szkoła jednak o tyle specyficzna, że można w niej czasem zobaczyć koncert, czasami kupić grafikę, można obejrzeć film i napić się kawy, jak się sympatycznie zagada. Szkoła muzyczna na miarę dzisiejszych czasów – gdzie nie tylko można uczyć się śpiewu czy gry na instrumencie, ale również zgłębiać tajniki didżeingu czy produkcji przy wykorzystaniu narzędzi elektronicznych. To „sfera twórcza – przyjazna dla dzieci, młodzieży i osób dorosłych” – jak o swojej inicjatywie piszą sami zaangażowani, doświadczeni muzycy i aktywiści związani ze sceną dźwiękową Wrocławia. To miejsce, w którym idea edutainment – czyli nauki poprzez zabawę – spełnia się, jak w rzadko której tzw. placówce użyteczności publicznej. A wszystko to dzieje się oddolnie, w miejscu dawnego Dworca Świebodzkiego. To tam odbywają się zajęcia, warsztaty, występy i dyskusje. To tam występuje We Draw A czy Oxford Drama, to tam o swoich scenicznych doświadczeniach opowiadają Spinache czy Daniel Drumz, to tam wyrośnie kolejne pokolenie kreatywnie myślących dolnośląskich artystów, dla których przestarzałe podziały na gatunki czy gałęzie sztuki będą tylko reliktem przeszłości. [fika]

Dwie Zmiany

dwie-zmiany
Dwie Zmiany udowodniły, że na sopockim Monte Cassino – nie bez powodu uchodzącym za wzór polskiego folkloru życia nocnego – jest możliwe otwarcie lokalu nie tylko stanowiącego przeciwieństwo przytłaczającego otoczenia, ale i mającego duże ambicje. Jego twórcom, czyli konglomeratowi trójmiejskich artystów, udało się stworzyć świetnie wyglądające miejsce, gdzie można wpaść niemal o każdej porze dnia i nocy. W dzień można tu zejść posiłek albo podrzucić dzieciaki na warsztaty, a wieczorem wpaść na wystawę, performance i koncert, o piwie już nie mówiąc. Mimo ulokowania w samym centrum ekipa prowadząca lokal nie boi się pokazywać wystaw prowokujących i kontrowersyjnych, a gdy przestrzeń galeryjna zamienia się w salę koncertową, podziwiać można najciekawsze zjawiska polskiej sceny niezależnej: badające umysły polskich blokersów Syny, ikonę yassu Mikołaja Trzaskę albo znajdujących nowe rejony w electro popie We Draw A. Dwie Zmiany to także kolejny dowód na to, że model spółdzielni socjalnych w naszych polskich realiach sprawdza się znakomicie.

Nocny market

nocny-market1
Kilka lat temu wszyscy dietetycy mówili jednym głosem: „żeby dobrze się odżywiać, nie można jeść po 18”. Ostatnio wersja się zmieniła – jeść po 18 można, o ile nasz posiłek spożyjemy przynajmniej na trzy godziny przed pójściem spać. No a w piątek czy sobotę można przecież położyć się trochę później! Tegoroczne letnie weekendowe wieczory będziemy wspominać przez pryzmat jedzenia. Za sprawą Nocnego Marketu warszawska nocna gastronomia zyskała alternatywę do kebabu, zapiekanki czy burgera z foodtrucka nad Wisłą. W każdy letni piątkowy, sobotni i niedzielny wieczór ktoś zręcznie upychał cały kulinarny świat na terenie dawnego Dworca Głównego. Jedliśmy tu wszystko, od kanapek z szarpaną wołowiną i hot dogów, przez sajgonki, dim sumy i falafele, aż po ostrygi, krewetki i steki. A komu było mało, ten stawał w kolejce po lody w gofrach na deser. Wspominając Nocny Market w połowie października, dochodzimy do wniosku, że to w sumie dobrze, że otwarty był tylko do końca lata – gdyby było inaczej, musielibyśmy pogodzić się z nadwagą. [jt]

Nowa siedziba Nowego Teatru

nowy-teatr
Warto było czekać na otwarcie wyremontowanej siedziby Nowego Teatru i znosić wycieczki do Wawra, gdzie artyści Warlikowskiego przeprowadzili się na ponad rok. Gmach przy Madalińskiego lśni, pachnie i już z daleka zaprasza do spędzenia choćby kilku chwil na jego terenie. Nowy Teatr wziął sobie do serca frazę „nowe otwarcie”  i w kilka miesięcy pokazał, jak powinna wyglądać przestrzeń teatralna. Spektakle zespołów z całej Europy, instalacje artystyczne, panele dyskusyjne, do tego kawiarnia, księgarnia i przepiękne miejsce spotkań. A zespół Warlikowskiego? Cóż, robi swoje i mamy wrażenie, że w tych murach znalazł przestrzeń, w której jeszcze bardziej rozwija skrzydła. [mk]

Głosowanie zakończone! Liczymy głosy ;)

 

Regulamin konkursu